Stanisław Szelc  Próba opisania całego mego życia.

  Wywodzę się z rodziny drobnych posiadaczy, ale wielkich wędrowników. Pradziad mój, w latach 1830-1831 zaprzyjaźniony z panem Józefem Dwernickim, z zawodu generałem, odbył rajd pieszy na trasie Stoczek Łukowski, Dęba Wielka, Stara Wieś i w nagrodę wylosował atrakcyjną wycieczkę w głąb Imperium Rosyjskiego, połączoną z kilkuletnim pobytem w Jakucji. Nic przeto dziwnego, że również mój dziad zajmował się turystyką. Naprzód w latach 1863-1864 zwiedzał, pod generałem Marianem Langiewiczem, piękne Góry Świętokrzyskie, a następnie udał się na koszt dobrotliwego cara Aleksandra do jednej z kopalń nerczyńskich, którą zgłębiał dosłownie i w przenośni przez lat dziesięć. Tamtejszy Generał-gubernator kochał Go niezmiernie i obdarował piękną taczką, którą, aby mu jej nie skradziono, przykuł do dziadka gustownym łańcuchem. Jak z tego widać, związki mojej rodziny z dynastią Romanowów były nad wyraz bliskie i serdeczne.

  Po upadku cara Mikołaja II, nad czym obecnie tak ślicznie boleją panowie Kunert i Paczkowski, przyszła kolej na cara Soso Dżugaszwili, który zaszczycił swoją życzliwą uwagą moją Matkę i Ojca, co zaowocowało moim poczęciem na Sybirze. Rasowo sam sobie wydaję się podejrzany, gdyż nie reprezentuję żadnego z tolerowanych przez Młodzież Wszechpolską typów antropologicznych, a nawet rzec można, że jestem wielorasowy - Ojciec z Podhala, Mama znad Zbrucza, a piersią (ku mojej grzesznej radości - piękną) skarmiała mnie syberyjska Kozaczka Małanka (Melania) Jermolenko. Szczęście nie może jednak trwać wiecznie, więc z żalem i trudem oderwawszy się od bujnej kozackiej piersi, wróciłem do kraju. I tu, o Święty Paradoksie, w dalszym ciągu utrzymuję kontakty z rodziną Jermolenków, a to za przyczyną męża Małanki, który leży na wrocławskim cmentarzu. Biedny, prosty Sybirak zginął po to, abym mógł mieszkać we Wrocławiu, a nie w Breslau.

  No więc dobra, jestem w Polsce. Do szesnastego roku życia byłem najszczęśliwszym człowiekiem na całym świecie. Żywo zajmowały mnie trzy rzeczy - uprawianie sportu o każdej porze dnia i nocy oraz unikanie jak ognia nauki i szkolnych uroczystości, na których, ku mojej wściekłości, zmuszano mnie do artystycznych popisów. To ostatnie zajęcie było mi szczególnie nienawistne i tylko szantaż w postaci groźby obniżenia i tak mizernych ocen przymuszał mnie do bezmyślnego klepania tekstów. W dziesiątej i jedenastej klasie dopadła mnie miłość do Che Guevary i kubańskiej rewolucji oraz uczucie do ciemnorudej koleżanki. Żyłem więc szczęśliwie bezmyślny, aż pewnego dnia ta ryża piękność zwabiła mnie do teatru - grał "Kalambur" i stało się - szczęście szlag trafił. Wpadłem.

  Zaraz po maturze, którą zdałem tylko dlatego, że grono nauczycielskie chciało się mnie pozbyć z, już wówczas renomowanego, V Liceum, dostałem się, ku memu zdziwieniu, na studia. Cały jednak czas podstępnie knułem, jakby tu zaśmiecić swoim organizmem niespodziewający się tego Studencki Teatr "Kalambur". Zgrzybiałość powoduje, że nie bardzo pamiętam jak to się stało (chyba maczała w tym ręce jedna życzliwa mi pani),faktem jest, że w końcu się dostałem, a że akurat z hukiem wyleciałem z polonistyki (po raz pierwszy, ale wszak nie ostatni), mogłem cały wolny czas poświęcić teatrowi. Bogusław Litwiniec, który już wtedy był artysta pełną gębą, ale też kompletnie nie znał się na ludziach, zaryzykował i przyjął mnie do pracy. Za cwany jestem, żeby nawet po tylu latach podejmować z nim dyskusję "w tym temacie", ale mam niezachwiane przekonanie, że do tej pory żałuje tamtej pochopnej decyzji. Tak oto zostałem pracownikiem na eksponowanym stanowisku gospodarza, czyli ciecia, budowanego przy ulicy Kuźniczej teatru i początkowo nawet wcale wydajnie pracowałem. Do czasu wszakże. Po paru miesiącach, bardzo już rozzuchwalony, nacisnąłem gdzie trzeba i lekkomyślny Litwiniec dał mi kolejną szansę (i podwyżkę) w postaci opieki nad piecem c.o. Dziś, stojąc jedna nogą nad grobem, przyznaję, że bezczelnie go zwiodłem twierdząc, iż posiadam kwalifikacje do tej odpowiedzialnej roboty. Oszustwo polegało na tym, że praktycznych umiejętności nabyłem, sporadycznie dopuszczany do pieca w domu mojej matki. Fakt, iż nie wysadziłem w powietrze ani "Kalambura" ani też willi mojej rodziny zaliczyć należy do zjawisk z pogranicza metafizyki.

  Nie byłem specjalnie rozgarnięty, ale instynktownie czułem, że mam szczęście uczestniczyć w czymś szczególnym, toteż kiedy mnie, biednemu lumpenproletariuszowi, zaproponowano jakiś nieistotny epizod sceniczny, myślałem, że ktoś z kalamburowej wierchuszki zwariował. Dziś wiem, że swój niespodziewany awans zawdzięczam jedynie temu, iż permanentnie niedogrzani Koledzy chcieli się mnie w ten kulturalny sposób pozbyć z zażarcie dewastowanej kotłowni.

  I tak oto przypadkiem dobyty z czeluści kalamburowej piwnicy, dopuszczony zostałem na Salony. Nie ma w tym cienia przesady, to były Salony, na których człowiek ocierał się o wspaniałych, mądrych i utalentowanych ludzi. Salony, na których pijało się wódeczkę z Hanką Skarżanką, Jonaszem Koftą, Jurkiem Falkowskim, Kostkiem Puzyną i dziesiątkami innych, wymienienie których przekracza możliwości tej bajki. W "Kalamburze" spotykali się uczeni i artyści, biedni wariaci i bogaci playboye, a urodą dziewcząt, które przewionęły przez teatralne wnętrza, można by spokojnie obdzielić najbardziej wytworne konkursy piękności i inteligencji zwłaszcza.

  "Kalambur" za sprawą swoich reżyserów, autorów i aktorów jak burza wygrywał teatralne festiwale, bez kompleksów i z powodzeniem rywalizując z profesjonalnymi scenami. Pracowitsi ode mnie niewątpliwie zacytują wszystkie zwycięskie premiery; fakt, że dwie spośród nich były mojego autorstwa napawa mnie, pełną niedowierzania, dumą. Wówczas mocno już obsadziłem się w kalamburowym organiźmie, podstępem zajmując taką pozycję, że wybrano mnie do Rady Artystycznej, a nawet zaryzykowano powierzenie kierownictwa literackiego. Nie były to najlepsze pomysły, gdyż ten właśnie okres w dziejach teatru, to czas awantur, spięć i kłótni, sprytnie i namiętnie przeze mnie prowokowanych.

  Jakoś tak pod koniec lat siedemdziesiątych, Wielki Andrzej Waligórski, którego znałem i podziwiałem wcześniej, zaproponował mi pracę we wrocławskim "Studiu 202". Była i jest to drużyna najwyższej krajowej ligi - Ewa Szumańska, Jurek "Dziamdziak" Dębski, Janek Kaczmarek, Leszek Niedzielski, Włodek Plaskota i Jurek Skoczylas przyjęli mnie jak swego i nigdy nie dali mi do zrozumienia co tak naprawdę o mnie myślą. Przytomnie nie pytam o to po dziś dzień. Na swój leniwy sposób jestem ambitny, toteż postanowiłem wyposażyć się w dyplom aktorski. Eksternistyczny egzamin zdałem u Profesora Aleksandra Bardiniego, co jest kolejnym dowodem na to, że był to Człowiek cudownej dobroci, ale i wielkiej łatwowierności.

  Zimą 1981/1982 zostałem wylany z Radia i zapuszkowany, co pozwoliło mi w ciepłej celi spędzić przeurocze chwile z miłymi i inteligentnymi ludźmi. Dowodem na to niech będzie fakt, że żaden z nas nigdy nie został politykiem, najniższej nawet rangi.

  Aktualnie znowu pracuję w Radiu Wrocław, które jest S.A., ale to akurat zupełnie mi nie przeszkadza, gdyż nawet nie wiem i nie chcę wiedzieć co ten skrót oznacza. Na wyposażeniu posiadam fantastyczną żonę (chwała Bogu, adwokat nie artystka) dwie córki i syna, który zapowiada się na tęgiego inżyniera. Dziubię sobie rożne teksty i wygłaszam je osobiście, albo też za pośrednictwem znakomitych nieraz aktorów.

Stanisław Szelc


 
  Projektowanie stron, internetowych, cheap jordan shoes, CMS, sklepy internetowe